Rucking - spacer na wyższych obrotach
Lubię jeść.
Jak większość znanych mi osób.
Na szczęście już dawno w kręgu mojego zainteresowania nie leży śmieciowe i ultraprzetworzone jedzenie.
Jednak, jak już Wam kiedyś tłumaczyłam – zdrowe nie znaczy bezkaloryczne. Nawet na pełnowartościowych posiłkach (jak moje ukochane orzechy) można nieświadomie przybrać na wadze.
A jak wiecie, jestem w procesie redukcji. Dlatego tak ważnym elementem jest dla mnie dbanie o deficyt kaloryczny.
To właśnie on – o czym mówiłam na wczorajszym webinarze – jest czynnikiem niezbędnym do tego, aby kwasy tłuszczowe uwolnione podczas lipolizy (czyli z naszych zapasów tkanki tłuszczowej) zostały wykorzystane do produkcji energii, czyli kolokwialnie mówiąc: „spalone”.

A jak powstaje deficyt kaloryczny?
Albo poprzez zmniejszenie ilości spożywanego jedzenia, albo poprzez zwiększenie aktywności fizycznej. Najlepiej połączyć oba te czynniki, bo to pozwala na mądrą redukcję bez głodzenia się.
Po kilkudziesięciu latach „bycia na diecie” wiem dzisiaj, że nie chcę już drastycznie ucinać porcji.
Mój organizm źle na to reaguje – jestem wtedy zmęczona, rozdrażniona i mało kreatywna.
Przerabiałam już diety 1000 kcal, a nawet bardziej rygorystyczne głodówki.
To jest droga donikąd. Dlatego dzisiaj stawiam na rozsądne ograniczenia w posiłkach i codzienną aktywność fizyczną, która wspiera mój proces redukcji tkanki tłuszczowej.
Od lat towarzyszą mi umiarkowane, bezpieczne dla zdrowia formy ruchu. Doskonale je znacie, bo piszę o nich często. Slow jogging i Nordic Walking to moje ukochane dyscypliny, ponieważ pozwalają mi być w dynamicznym ruchu bez zajeżdżania organizmu czy niszczenia kolan.
Kiedy jednak usłyszałam o ruckingu u Joanny Wojsiat (która jest dla mnie ogromną inspiracją), od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Ten bodziec podkręca wydatek energetyczny i mobilizuje inne mięśnie do pracy, a co najlepsze – mogę go fundować sobie podczas mojego ulubionego chodzenia.

Dodatkowy ciężar jest niezwykle istotny dla kobiet po czterdziestce.
A ponieważ nie przepadam za siłownią i ćwiczeniami z hantlami, to połączenie okazało się dla mnie idealne.
Ale czym właściwie jest ten rucking?
To marsz z obciążeniem.
Pakujesz do wygodnego, stabilnego plecaka ciężar – na początek około 10% masy swojego ciała.
U mnie są to po prostu książki.
Dopasowujesz plecak tak, aby utrzymać wyprostowaną postawę, zakładasz wygodne buty i idziesz.
Ewentualnie wcześniej skonsultuj to ze swoim fizjoterapeutą jeżeli jesteś pod taką opieką ze względu na swój stan zdrowia.
Mam już pierwsze treningi za sobą i pokochałam ten ruch całym sercem!
Mogę połączyć obowiązkowe spacery z psem z dobrej jakości treningiem. Czego chcieć więcej?
Co dokładnie daje rucking według literatury i licznych publikacji?
-
Duży wydatek energetyczny – dzięki obciążeniu ciało musi wykonć znacznie więcej pracy niż podczas zwykłego spaceru.
-
Bezpieczeństwo dla stawów – nie naraża nas na kontuzje tak jak tradycyjne bieganie (oczywiście pod warunkiem, że na początku nie przesadzimy z ciężarem i dystansem i zachowamy prawidłową postawę).
-
Mobilizację mięśni do pracy – intensywnie pracują plecy, pośladki, uda oraz mięśnie głębokie brzucha. Czy to nie brzmi pięknie?
-
Mocniejsze kości – ponieważ jest to trening oporowy, świetnie stymuluje układ kostny.
-
Idealne urozmaicenie – genialnie przełamuje rutynę slow joggingu i nordic walkingu.
Wystarczy po prostu spakować plecak i wyjść z domu!
