Liczyć czy nie - cała prawda o kaloriach
Gdybym miała wybrać jeden nawyk, który przybliża do celu, jakim jest skuteczna, zdrowa i kontrolowana redukcja masy ciała....
byłoby to
liczenie kalorii i monitorowanie makroskładników, czyli ilości białek, tłuszczów i węglowodanów.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że biznesowo czy marketingowo strzelam tym w swoje kolano.
Bo przecież kto ma ochotę na to, aby to wszystko liczyć i mierzyć?
Dużo lepiej sprzedają się hasła w stylu: „Chudnij bez liczenia kalorii” czy „Jedz wszystko i chudnij”.
Warto jednak wiedzieć, że jeżeli ktoś obiecuje Ci takie cuda, to najprawdopodobniej będzie chciał zaproponować Ci dietę, którą sam dla Ciebie przygotuje, albo program oparty na suplementach.
I nie ma w tym nic złego – sama przecież przygotowuję takie plany dla moich Klientów.

Wtedy autor takiego hasła mówi prawdę: Ty nie będziesz liczyć kalorii, bo specjalista oferujący swoją pomoc zrobi to za Ciebie.
Więc ostatecznie ktoś i tak będzie musiał to wszystko skalkulować.
Żeby skutecznie i zdrowo chudnąć, musisz wprowadzić w swoje życie deficyt kaloryczny, czyli jeść nieco mniej, niż Twój organizm spala.

To samo działa w drugą stronę. Jeżeli zwiększa się zawartość tkanki tłuszczowej w Twoim organizmie (i nie trzeba mieć specjalistycznych wag, żeby to stwierdzić – dopasowane jeansy szybciej powiedzą Ci prawdę niż analizator medyczny za kilka tysięcy), to na pewno jesz więcej, niż w chwili obecnej Twój organizm potrzebuje.
Problem polega na tym, aby trafnie określić, jakie są rzeczywiste metaboliczne potrzeby naszego organizmu.
Na różnych etapach życia, w zależności od naszego zdrowia i tego, jak zbudowane jest nasze ciało (poziomu tkanki tłuszczowej i masy mięśniowej), mogą być one zupełnie inne.
Jedna kobieta, jedząc 1800 kcal, będzie pięknie chudła, a inna wręcz przeciwnie – chociaż na pierwszy rzut oka są w podobnym wieku i prowadzą podobny tryb życia. Dlatego to, co działa na jedną z Was, niekoniecznie sprawdzi się u koleżanki.
Mój wzrost wagi, tak jak u każdej innej osoby, związany był z tym, że jadłam więcej, niż moje ciało potrzebowało. Żeby to zmienić, teraz muszę zjadać odpowiednio mniej.
Ten deficyt musi być odpowiedni – ani za duży, ani za mały.
Jak będzie za duży i zacznę „głodzić” swoje ciało, to za kilka dni będę chodzić wściekła, sfrustrowana i wiecznie głodna. Spadnie moja spontaniczna aktywność fizyczna (NEAT) i nie będę miała chęci na treningi. To sprawi, że przestanę efektywnie „spalać” energię i nie będę miała z czego budować mięśni, które – jak pisałam – są naszym głównym piecem energetycznym.
Wprowadzę wtedy swoje ciało w zbyt duży stres, co zaskutkuje wzrostem poziomu kortyzolu. To z kolei natychmiast przełoży się na zwiększone zapotrzebowanie na glukozę, czyli ogromną ochotę na podjadanie słodkiego.
Z kolei jak deficyt będzie za mały, to tempo redukcji wagi będzie zbyt wolne, żeby czuć sprawczość pobudzającą do dalszego działania.
Dodatkowo przy odpowiednio niskim, ale cały czas zdrowym deficycie, zaczyna się pojawiać to uwielbiane przeze mnie (i przez Was też!) uczucie lekkości w ciele, wyostrzona koncentracja oraz energia, którą przeznaczamy na życie, a nie na ciężkie trawienie.

Oczywiście można próbować robić to „na oko”. Ale są produkty, których naprawdę niewielkie nadmiary mogą zupełnie zepsuć końcowe rezultaty.
Będę się tu powoływać na moje ulubione orzechy, które – jak wiem – i u Was są często właśnie „tym” ukrytym winowajcą. Ania w komentarzu napisała ostatnio, że „zdrowo przytyła na orzechach” – bardzo mi się ten zwrot spodobał, bo to też moja rzeczywistość.
50 g orzechów to ponad 300 kcal. Weźcie miseczkę i zważcie sobie taką ilość. Ktoś, kto je lubi, zje je w kilka minut i nawet nie poczuje, że coś zjadł! W ciągu tygodnia możemy zrobić sobie orzechową „górkę” na poziomie nawet 2000 kcal z takiej niepozornej miseczki. A to może spowodować wzrost wagi w ciągu miesiąca o około 1 kg.

Podobnie sprawa ma się z masłem orzechowym, oliwą, pestkami czy moim ukochanym słonecznikiem.
Dlatego, jeżeli chcesz mieć przewidywalne rezultaty i obserwować rzeczywistą redukcję tkanki tłuszczowej, zainwestuj w umiejętność liczenia kalorii. Jeżeli nie wiesz, jak się za to zabrać, zapraszam Cię na konsultację.
Nauczę Cię tego i zobaczysz, że nie taki diabeł straszny.
Oczywiście kalorie to nie wszystko.
Gdybyśmy szli tylko tym tropem i stołowali się w popularnej restauracji „Pod Złotymi Łukami”, pilnując jedynie cyferek, raczej nie dojdziemy do celu.
Może na początku zauważysz spadek masy ciała, ale gdy Twoje ciało wejdzie w stan niedoborów substancji odżywczych, trudno będzie Ci zapanować nad podjadaniem. Skończy się to tym, że po prostu nie utrzymasz deficytu.
Dodatkowo Twoje ciało zacznie chorować, co może skutecznie wykluczyć Cię z dalszej redukcji na rzecz ratowania zdrowia. Nie polecam skupiać się wyłącznie na samych kaloriach.
Dobrej jakości białko, tłuszcze, węglowodany, witaminy i minerały – to wszystko musi znaleźć się w Twojej diecie. Jeżeli czujesz, że to jeszcze bardziej skomplikowane niż same kalorie, zapraszam – potrafię wyjaśnić to w bardzo przyjazny sposób.
Ja chcę mieć przewidywalne rezultaty (mój cel to -7 kg do końca wakacji), dlatego kontroluję ilość kalorii. Nie robię tego dzisiaj już z aplikacją czy kalkulatorem w dłoni, bo mam ogromną bazę przepisów z policzonymi kaloriami i po prostu z nich korzystam. Na chilę obecną są to posiłki wysokobiałkowe.
A jeżeli Ty masz poczucie, że cały czas jesteś na diecie, starasz się jeść zdrowo i rozsądnie, a nie masz takich rezultatów, jakich się spodziewasz?
Po pierwsze warto policzyć, ile Twoje ciało potrzebuje na dziś, a ile rzeczywiście dostaje w tym, co zjadasz na co dzień.

Jeżeli nie chcesz bawić się w to sama, zapraszam Cię na sesję diagnostyczną.
To 1,5 godziny dokładnej analizy Twojej aktualnej sytuacji, po której otrzymasz ode mnie materiały do samodzielnej pracy. Jeżeli je wdrożysz, będziesz miała świetne efekty i to bez permanentnego poczucia „bycia na diecie”.