Przytyłam
Przytyłam. Nie jest to przyjemne, ale się wydarzyło.
Przyjmuję to jako jeden z elementów kobiecego życia, nie biczuję się z tego powodu, nie obrażam się na siebie.
Nie mówię sobie, że jestem beznadziejna, bo przecież mam wiedzę, co robić, a mimo wszystko dopuściłam do takiej sytuacji.
Wiem dlaczego.
Podwyższony poziom kortyzolu to rozregulowane hormony apetytu i sytości, czego efektem są niekończące się pielgrzymki do lodówki czy szafki z orzechami.

Przewlekły stres blokuje działanie leptyny, czyli hormonu sytości.
Jedną z jego funkcji jest wysyłanie do mózgu sygnału, że nasze ciało nie potrzebuje kolejnej kanapki czy czekolady.
Warto to zrozumieć, bo wtedy, zamiast tracić czas na robienie sobie wyrzutów za słabą „silną” wolę, szukasz sposobów na to, aby obniżyć poziom kortyzolu. Na przykład przychodzisz do mnie na masaż.
Jedyny plus mojej kilkuletniej pracy nad nawykami to fakt, że nawet jeżeli jem za dużo, to są to produkty nieprzetworzone, powszechnie uważane za zdrowe, ale nie zawsze niskokaloryczne.

Bez względu jednak na to, co zjadamy – jeżeli jemy za dużo w stosunku do swoich aktualnych potrzeb, nasza waga wzrośnie i ja nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem.
I nie ma też nic wyjątkowego w tym, że mi to przeszkadza i nie czuję się z tym dobrze.

A ponieważ sytuacja, która wyzwoliła ten stres, powoli – mam nadzieję – się normuje, to nadszedł ten moment, kiedy pojawiła się decyzja o powrocie do dyscypliny.
Nie motywacja, bo ona jest silnie powiązana z wyrzutami dopaminy, która jest hormonem kapryśnym.
Gdy pojawia się zmęczenie czy stres, jej poziom gwałtownie spada, co sprawia, że nasza chęć do działania, chęć uzyskania celu znacząco maleje.
A przecież zmęczenia i stresu trudno jest uniknąć, więc budowanie swojego działania na dopaminie jest niestety skazane na niepowodzenie.
Oczywiście motywacja jest ważna, żeby zacząć, ale jeżeli chcesz skończyć, to musisz zaprzyjaźnić się z dyscypliną, co dla mnie niewątpliwie wiąże się z przygotowaniem planu działań niezbędnych do tego, aby do końca wakacji wrócić do „swojej wagi”. Nasz hedonistyczny styl życia sprawia, że nie lubimy słowa dyscyplina ale bez niej nie ma co liczyć na sukcesy.
Dla każdego te działania będą inne, bo nawyków, które pomagają zdrowo schudnąć, mogłabym na jednym oddechu wymienić pewnie z trzydzieści, dlatego te, które są moje, nie muszą odpowiadać potrzebom Twojego ciała.
Jeżeli potrzebowałabyś pomocy przy stworzeniu takiego uszytego na swoją miarę, to zapraszam do współpracy indywidualnej.
Nie zawsze chodzi tylko o jedzenie, bo nawet najlepiej rozpisana dieta składająca się z Twoich ulubionych produktów nie zadziała, jeżeli chronicznie będziesz zaburzać swój rytm dobowy czy nie znajdziesz swojego sposobu na obniżanie kortyzolu.
Co ja muszę zrobić, żeby skutecznie zredukować swoje zbędne kilogramy? Kolejność nie jest przypadkowa – ułożyłam zadania od najważniejszych:
-
Muszę zadbać o swój sen. Wstaję codziennie o 5:10, więc żeby moje ciało nie „szukało” kalorycznych przekąsek w ciągu dnia, o 22:10 muszę już spać. Wiem, że to będzie trudne, ale jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, że kluczowe. Przewlekłe niedosypianie powoduje, że poziom greliny (hormonu głodu) rośnie, co sprawia, że mamy ciągłą ochotę na podjadanie. Nawet jeżeli nie zasypiasz na stojąco, śpiąc 5–6 godzin na dobę, i wydaje Ci się, że przecież Ci to wystarcza, to warto sobie uświadomić, że ziewanie nie jest jedynym objawem zarwanej nocy. Kolejny batonik, po który sięgasz, chociaż wcale tego nie chcesz, to właśnie efekt tego, że śpisz za mało.
-
Muszę przygotowywać posiłki z wyliczoną kalorycznością. Jedzenie na oko – pomimo tego, że po tylu latach mam już duże doświadczenie w szacowaniu wartości energetycznej posiłków – u mnie powoduje, że dorzucam „jeszcze kilka orzeszków”, bo tak naprawdę to chyba się zmieszczę w limicie. Tak, wiem – liczenie kalorii nie jest jakąś świetną zabawą. Ale działa, co widzę od 12 lat w swojej pracy. I pomimo zapewnień wielu internetowych specjalistów, że to niepotrzebne, uważam, że to jest najlepszy sposób na to, aby nie kręcić się w kółko, tylko zacząć mieć realne efekty. Oczywiście nie muszę już liczyć wszystkiego na nowo – mam całą bazę posiłków przygotowywanych dla Was przez 12 lat, więc nie zawaham się z nich skorzystać. Na pewno bazą będzie ebook z przepisami wysokobiałkowymi.
-
Muszę dwa razy w tygodniu zrobić trening siłowy i budować inne mięśnie niż tylko mięsień brzuchaty łydki (robię codziennie niemal 20000 kroków więc ten mięsień mam bez wątpnienia najelepiej rozbudowany) . Mięśnie to metaboliczny piec, którego praca wydatkuje dużo więcej energii niż tkanka tłuszczowa. I to jeszcze długo po treningu. To dla mnie też wyzwanie, bo za siłownią nie przepadam. Mam za to dużo sprzętu w domu – hantle, gumy, sztangę – więc każda wyszukiwana przeze mnie przeszkoda będzie tylko wymówką. Dodatkowo dwa spacery z psem w tygodniu będą spacerami z obciążeniem (rucking), o których napiszę więcej w kolejnym poście.
-
Muszę zadbać o odpowiednią ilość wypijanej wody. Tego nawet nie trzeba tłumaczyć, bo nawet dziecko w przedszkolu wie, że woda to podstawa. Przyspiesza odchudzanie w sposób znaczący i aż żal nie skorzystać z tego mechanizmu. A ja, niestety, często „nie dopijam”.

Niby tylko 4 punkty, ale z perspektywy osoby, która zna proces redukcji wagi własnej, jak i moich podopiecznych, wiem, że to wcale nie jest takie proste, jak na TikToku opowiadają.
Jednocześnie wiem, o ile lepiej się czuję i funkcjonuję bez tych 7 kilogramów obciążenia, więc nie pozostaje mi nic innego jak działanie.
Co mi bardzo pomaga? Codzienny raport napisany własnoręcznie (o tym, dlaczego warto pisać własnoręcznie, też kiedyś opowiem), składany sam przed sobą. Robię sobie tabelkę, którą codziennie uzupełniam.
I klepię się po ramieniu za dobrze wykonaną pracę.
I to, co bardzo ważne: daję sobie przestrzeń na to, że nie wszystko musi być na tip-top.
Już przez to przechodziłam lata temu – albo wszystko na 150%, albo wcale.
A ponieważ perfekcja codziennie przez trzy miesiące nie jest możliwa, to takie podejście „albo wszystko, albo nic” to tylko wstęp do frustracji i rzucenia wszystkiego już na samym początku.
Zawsze powtarzam moim Klientkom, że lepsza jest niedoskonała konsekwencja niż perfekcja porzucona po dwóch tygodniach.
Jeżeli chcesz towarzyszyć mi w tych działaniach, zapraszam na bloga. Na pewno będę się dzielić i sukcesami, i potknięciami. Może stanie się to dla Ciebie również inspiracją do działania.
A jeżeli potrzebujesz swojego własnego planu, to koniecznie się do mnie odezwij. Przygotujemy taki, który doprowadzi Ciebie do Twojego celu.
